Zaawansowana segmentacja stawek w pMax z wykorzystaniem atrybutów custom_label w pliku produktowym.

Etykiety własne jako narzędzie kontroli

Baner wejsciowyParallax

Zaawansowana segmentacja stawek w pMax z wykorzystaniem atrybutów custom_label w pliku produktowym.

Etykiety własne jako narzędzie kontroli

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
30 stycznia 2026

Performance Max nie daje stawek na produkcie i nie da ich w przewidywalnej przyszłości. Jedyne, czym realnie kieruję, to cel kampanii i to, jakie produkty do niej wpuszczam. Cała „zaawansowana segmentacja stawek” sprowadza się więc do jednego pytania: jak podzielić asortyment, żeby każdej części móc postawić inny cel.

Najwygodniejszym nożem do tego cięcia są etykiety własne w pliku produktowym. Nie dlatego, że są sprytne — są prymitywne. Dlatego, że są jedynym wymiarem, który definiuję sam, po swojemu, na podstawie danych, których Google nie ma.

Opisuję poniżej, jak układam to na kontach sklepowych: jakie wymiary wybieram, jak je wypełniam i gdzie ta metoda przestaje działać.

Dlaczego jeden cel na całą kampanię nie wystarcza

Kampania ma jeden docelowy zwrot z nakładów. Asortyment sklepu prawie nigdy nie ma jednej rentowności.

Jeśli w jednej kampanii siedzą produkty z marżą kilkuprocentową i takie z marżą kilkudziesięcioprocentową, algorytm optymalizuje pod wartość zamówienia, a nie pod to, co zostaje w kasie. Będzie wtedy chętnie dowoził obrót na tanich, dobrze konwertujących pozycjach i formalnie realizował cel, podczas gdy zysk stoi w miejscu. Widzę to na większości kont, które przejmuję, i prawie zawsze wygląda to tak samo: raport ładny, właściciel niezadowolony.

Drugi powód jest prostszy. Różne części asortymentu mają różną rolę: coś jest wabikiem, coś nośnikiem marży, coś trzeba wyprzedać. Postawienie im wspólnego celu oznacza, że żadna z tych ról nie jest realizowana świadomie.

Podział etykietami rozwiązuje to bez podnoszenia budżetu — po prostu przestaję uśredniać.

Czym etykieta własna jest, a czym nie

Etykiety własne to pięć niezależnych pól w pliku produktowym, numerowanych od zera do czwórki. Wpisujesz w nie dowolny tekst, a Google nie próbuje go interpretować. To cała mechanika.

Trzy rzeczy, o których warto pamiętać, zanim zacznie się je wypełniać:

  • Etykieta nie zmienia stawki. Służy wyłącznie do wybierania produktów — do kampanii, do grupy list produktów albo do wykluczenia.
  • Wartości muszą być zapisywane identycznie w całym pliku. Wielka litera, spacja albo polski znak w jednym wierszu tworzy osobną wartość, o której nikt nie pamięta, a produkty z niej wypadają z podziału.
  • Pola są nieuporządkowane. Nie ma znaczenia, w którym umieścisz który wymiar, ale musi to być udokumentowane, bo po pół roku nikt nie odgadnie, co znaczy wartość „B2″ w polu numer trzy.

Stosuję prostą zasadę nazewnictwa: prefiks mówiący, o jaki wymiar chodzi, i wartość opisowa, czyli na przykład „marza-wysoka” zamiast „A”. Kosztuje to kilka znaków więcej, a ratuje przed pomyłką za każdym razem, gdy do konta zagląda ktoś nowy.

Wymiary, które faktycznie warto etykietować

Najczęstszy błąd to dublowanie danych, które Google i tak ma. Marka, kategoria, typ produktu, dostępność, cena — to wszystko jest już w pliku i można na tym budować grupy list produktów bez żadnej etykiety.

Etykiety zostawiam na to, czego w pliku nie ma i mieć nie może:

  • Marża albo przedział marży — najważniejszy wymiar w całym podejściu, bo tylko on pozwala zestawić cel reklamowy z rzeczywistą rentownością.
  • Rola w asortymencie — nowość, pozycja stała, produkt wyprzedażowy, komplet.
  • Poziom nasycenia zapasem — czy pozycję opłaca się wypychać, czy raczej chronić.
  • Historia sprzedaży — na przykład podział na pozycje sprzedające się regularnie i takie bez konwersji od kilku miesięcy.

Więcej niż trzy wymiary jednocześnie rzadko ma sens. Każdy dodatkowy podział to więcej kombinacji, a przy pięciu polach i kilku wartościach w każdym łatwo dojść do siatki, której nikt nie umie już obsłużyć.

Gdzie ten podział wchodzi do struktury konta

Etykietę można wykorzystać na dwóch poziomach i wybór między nimi jest właściwą decyzją strategiczną.

Grupa list produktów w grupie plików ogranicza asortyment w ramach jednej kampanii. Zaletą jest wspólny budżet i wspólna nauka algorytmu, wadą — wspólny cel, więc rozdzielenie rentowności tą drogą nie zadziała. Używam tego, gdy chcę tylko coś wykluczyć albo wyodrębnić bez zmiany celu.

Osobne kampanie to jedyny sposób na osobny cel i osobny budżet. Tego wymaga podział po marży. Kosztem jest rozdrobnienie danych: kampania, do której wpada garść konwersji miesięcznie, uczy się wolno i wynikami skacze.

Trzecia rzecz do przemyślenia: ten sam produkt nie powinien należeć do dwóch kampanii produktowych naraz, bo o wyświetlenie decyduje wtedy mechanizm priorytetów, a nie moje założenia. Buduję więc etykiety tak, żeby wartości były rozłączne i wyczerpujące — każdy produkt trafia dokładnie do jednego koszyka.

Jak wypełniam etykiety, żeby były aktualne

Etykieta wpisana raz ręcznie jest bezużyteczna po miesiącu. Marża się zmienia, wyprzedaż się kończy, nowość przestaje być nowością.

Najczystszym rozwiązaniem jest wyliczanie etykiet po stronie sklepu i wysyłanie ich w głównym pliku produktowym. Jeśli nie ma na to zgody działu IT, drugą drogą jest plik dodatkowy dopisujący etykiety po identyfikatorze produktu — dane liczę wtedy w arkuszu albo w prostym skrypcie i podmieniam raz na dobę.

Reguły w panelu Merchant Center wystarczają tylko do podziałów opartych na czymś, co już w pliku jest, na przykład na progach cenowych. Marży w nich nie policzysz.

Programowo dostępne są dwa interfejsy: Merchant API, ogólnie dostępny od sierpnia 2025 roku, oraz starsze Content API for Shopping, które pozostaje w produkcji do wygaszenia zaplanowanego na sierpień 2026. Jeśli ktoś zaczyna integrację teraz, nie ma sensu pisać jej na wersji, która ma za pół roku zniknąć.

Kontrola po wdrożeniu

Podział bez kontroli zamienia się w chaos wolniej, niż się wydaje, ale zamienia się na pewno.

Raz w tygodniu sprawdzam trzy rzeczy: czy każdy produkt ma etykietę i żadna pozycja nie wypadła do wartości pustej, jak rozłożył się budżet między kampaniami, oraz czy któraś z nich nie zgłodniała do poziomu, na którym przestaje się uczyć. Przy okazji patrzę na liczbę produktów w koszykach — jeśli jeden zebrał prawie cały asortyment, podział jest tylko pozorny.

Do oceny jakości ruchu używam raportu wyszukiwanych haseł, który Performance Max dostał w marcu 2025 roku, oraz raportu grup zasobów. Zanim ten raport się pojawił, tego rodzaju porównania między kampaniami robiło się na wyczucie; teraz da się zobaczyć, czy podział po marży nie oznacza przypadkiem podziału na dwie zupełnie różne intencje zakupowe.

Na koniec rzecz najważniejsza i najczęściej pomijana: wynik oceniam na marży, nie na zwrocie z nakładów. Cały ten podział robi się właśnie po to, żeby móc to policzyć — a jeśli raport nadal kończy się na przychodzie, to zmieniła się tylko struktura konta, nie decyzje.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.