Tworzenie strategii Demand Gen nastawionej na generowanie leadów biznesowych (B2B Lead Generation).

Kampania wizualna dla biznesu, który kupuje długo

Baner wejsciowyParallax

Tworzenie strategii Demand Gen nastawionej na generowanie leadów biznesowych (B2B Lead Generation).

Kampania wizualna dla biznesu, który kupuje długo

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
31 marca 2025

Kampanie Demand Gen zastąpiły Discovery ponad rok temu i przez ten czas zdążyły się w moich rękach sprawdzić w handlu, a rozczarować w kilku projektach dla firm sprzedających innym firmom. Za każdym razem z tego samego powodu: były oceniane tą samą miarą co kampania w wyszukiwarce.

To nie jest ta sama rozmowa z klientem. W wyszukiwarce łapię kogoś, kto właśnie sformułował potrzebę i szuka rozwiązania. W Demand Gen trafiam do kogoś, kto przegląda YouTube albo Gmaila i o mojej ofercie nie myślał. Jeśli oczekuję od tego drugiego kontaktu takiego samego kosztu leada jak od pierwszego, to nie mam strategii, mam nieporozumienie.

Opisuję tu, jak podchodzę do planowania takiej kampanii w sprzedaży B2B: co musi być gotowe przed startem, jakich sygnałów o odbiorcach faktycznie mogę użyć, jak buduję kreacje i po jakim czasie mam prawo powiedzieć, że to działa albo nie.

Czym Demand Gen jest, a czym nie

Demand Gen to jedna kampania obsługująca powierzchnie, na których użytkownik niczego nie szuka: filmy i Shorts w YouTube, kanał Discover oraz zakładki w Gmailu. Zasoby wgrywam w postaci obrazów i filmów, a system decyduje, gdzie i komu je pokazać.

Nazwa jest tu wyjątkowo trafna i warto ją potraktować dosłownie. To kampania do tworzenia popytu, nie do zbierania tego, który już istnieje. Konsekwencja jest prosta: część efektu pojawi się w innych kanałach — w ruchu bezpośrednim, w zapytaniach o markę, w wyszukiwarce. Jeśli patrzysz wyłącznie na konwersje przypisane bezpośrednio tej kampanii, część rezultatu jest dla Ciebie niewidoczna.

Czego Demand Gen nie zrobi: nie zastąpi kampanii na zapytania o Twoje rozwiązanie, nie dowiezie taniego leada w pierwszym tygodniu i nie naprawi oferty, której nikt nie rozumie. To narzędzie górnej i środkowej części ścieżki, z pomiarem, który wymaga cierpliwości.

Dlaczego B2B jest tu trudnym przypadkiem

Cztery rzeczy sprawiają, że przeniesienie schematów z handlu detalicznego nie działa.

Po pierwsze, decyzja zakupowa nie należy do jednej osoby. Formularz wypełni specjalista, który potem musi przekonać przełożonego, dział IT i księgowość. Kampania widzi jedno zgłoszenie, a proces obejmuje kilka osób i kilka tygodni.

Po drugie, wolumen jest mały. Firma, która potrzebuje dwudziestu leadów miesięcznie, dostarcza algorytmowi tak mało zdarzeń, że automatyczne strategie działają na granicy sensowności. To zmienia sposób ustawiania celów i wydłuża okna oceny.

Po trzecie, jakość zgłoszeń rozkłada się bardzo nierówno. W kanałach wizualnych łatwo zebrać sporo formularzy od osób, które nie mają nic wspólnego z grupą docelową — studentów zbierających materiały, konkurencji, firm o skali dziesięć razy mniejszej niż minimalna sensowna. Bez sprzężenia z oceną leada system optymalizuje pod ilość i szybko przestaje być użyteczny.

Po czwarte, kreatywnie B2B startuje z gorszej pozycji. Zdjęcie garnituru przy oknie i hasło o kompleksowych rozwiązaniach nie zatrzyma nikogo między dwoma filmami. A to jest miejsce, w którym Twoja reklama się pojawia.

Co musi być gotowe przed startem

Nie uruchamiam Demand Gen w B2B, dopóki nie mam czterech rzeczy.

  • Jednego zdania, które da się zrozumieć w trzy sekundy — kto jest odbiorcą i co dostanie. Jeśli sam nie umiem tego powiedzieć bez slajdu, kampania tego nie naprawi.
  • Propozycji, która nie wymaga podpisu — konsultacja, kalkulacja, dostęp do narzędzia, konkretny materiał odpowiadający na jedno realne pytanie z branży. Wysyłanie zimnego ruchu do formularza „skontaktuj się z nami” to najprostszy sposób na spalenie budżetu.
  • Strony docelowej dopasowanej do kanału — krótkiej, z jednym wezwaniem do działania, sprawnej na telefonie, bez czterech ekranów o historii firmy przed formularzem.
  • Ustalonej definicji dobrego leada — spisanej razem z działem sprzedaży, zanim ktokolwiek zobaczy pierwszy raport. Bez tego po miesiącu zaczniecie się kłócić o to, czy kampania „dowozi”.

Kolejność jest tu istotna. Trzy pierwsze punkty to warunek uruchomienia, czwarty to warunek sensownej oceny.

Odbiorcy: czym naprawdę mogę kierować

W tym typie kampanii nie kupuję stanowisk ani branż tak precyzyjnie, jak w sieciach społecznościowych, i lepiej powiedzieć to od razu. Mam natomiast kilka sygnałów, które w B2B działają lepiej, niż się spodziewałem.

Najmocniejszy to segmenty podobnych odbiorców zbudowane na własnych listach. Wgrywam listę obecnych klientów albo listę leadów, które sprzedaż uznała za wartościowe, i proszę system o znalezienie ludzi do nich podobnych. Punktem wyjścia musi być lista czysta i jednorodna — pomieszanie klientów z newsletterem daje sygnał, na którym nie da się nic zbudować. Warto zacząć od najwęższego wariantu podobieństwa, bo w małych wolumenach to on daje pierwsze wiarygodne dane.

Drugi sygnał to odbiorcy remarketingowi w roli osobnej grupy, nie dodatku: osoby, które były na stronie oferty, obejrzały film do końca, zaczęły wypełniać formularz. W długim procesie zakupowym to właśnie tu leży najwięcej wartości.

Trzeci to segmenty zainteresowań i zdarzeń z życia, których używam wyłącznie na start i wyłącznie po to, żeby zebrać pierwsze dane. Nie traktuję ich jako docelowego kierowania.

Ważne ustawienie techniczne: wykluczam obecnych klientów i osoby, które już wysłały zgłoszenie. Brzmi oczywiście, a nie znajduję tego na większości kont, które przejmuję.

Kreacje: co zatrzymuje kogoś, kto nie szuka

Zasada, od której zaczynam każdą rozmowę o zasobach: pierwsza sekunda musi mówić do kogo to jest. Nie o firmie, nie o wartościach, nie o innowacyjności — do kogo.

Sprawdza się nazwanie problemu językiem, którym mówi odbiorca, i to dosłownie: nazwą procesu, dokumentu, obowiązku, terminu, który ta osoba zna z pracy. Ludzie z branży reagują na sygnał, że autor rozumie ich codzienność, dużo mocniej niż na obietnicę korzyści.

Praktyczne rzeczy, które się u mnie powtarzają: krótki film pionowy nagrany przez konkretną osobę z firmy działa lepiej niż materiał wyprodukowany „ładnie”, tekst musi być czytelny bez dźwięku, a wezwanie do działania powinno mówić, co się stanie po kliknięciu. Dostępne od zeszłego roku generowanie obrazów w tych kampaniach traktuję jako narzędzie do wariantów tła i kadru, nie do wymyślania przekazu.

Zestaw zasobów przygotowuję w kilku wariantach na to samo ujęcie problemu i wymieniam je regularnie. Wypalanie się kreacji jest tu szybsze niż w wyszukiwarce, bo ten sam użytkownik widzi materiał wielokrotnie.

Struktura, budżet i horyzont oceny

Przy małych wolumenach dzielenie kampanii na wiele grup jest błędem. Zaczynam od jednej kampanii i możliwie małej liczby grup zasobów, żeby nie rozdrabniać danych. Rozdzielam je dopiero wtedy, gdy przekaz do dwóch segmentów naprawdę się różni, a nie dlatego, że w panelu jest taka możliwość.

Strategia stawek zależy od tego, ile mam danych. Bez historii startuję z maksymalizacją liczby konwersji i pilnuję kampanii częściej niż zwykle. Docelowy koszt akcji ustawiam dopiero wtedy, gdy widzę stabilny poziom z kilku tygodni — i ustawiam go blisko tego poziomu, nie na wartości, którą chciałbym osiągnąć.

Budżet planuję na kwartał, nie na miesiąc, i to jest rozmowa, którą warto odbyć z zarządem przed startem. Sześć tygodni to minimum, żeby zobaczyć cokolwiek poza szumem; przy cyklu sprzedaży liczonym w miesiącach pełna ocena jakości zgłoszeń przychodzi jeszcze później.

Pomiar: dwie warstwy, nie jedna

Warstwa pierwsza to standardowe konwersje w koncie — zgłoszenia z formularza, rozmowy telefoniczne, zapisy na prezentację. Potrzebna, ale niewystarczająca, bo mówi o liczbie, nie o wartości.

Warstwa druga to informacja zwrotna z procesu sprzedaży: które zgłoszenia zostały uznane za sensowne, które dojechały do rozmowy handlowej, które skończyły się umową. Przekazanie tej oceny z powrotem do konta jest w B2B ważniejsze niż jakakolwiek optymalizacja stawek i zasługuje na osobny temat — sam sposób wdrożenia takiej kwalifikacji opisuję oddzielnie.

Dodatkowo patrzę na dwie rzeczy poza kampanią: liczbę zapytań o markę w wyszukiwarce i ruch bezpośredni. Nie przypiszę im konwersji, ale ich kierunek w czasie prowadzenia kampanii jest najbliższym dostępnym mi dowodem, że popyt faktycznie rośnie.

Błędy, które widzę najczęściej

Pierwszy: ocena po tygodniu i wyłączenie kampanii, bo koszt zgłoszenia jest trzy razy wyższy niż w kampanii brandowej. To porównywanie dwóch różnych zadań.

Drugi: optymalizacja pod zapis na newsletter, bo jest tani. Algorytm dowozi dokładnie to, o co go prosisz, a sprzedaż dostaje bazę adresów bez potencjału.

Trzeci: zostawienie kampanii bez wykluczeń i bez opieki nad kreacjami na trzy miesiące. To nie jest kanał, który można ustawić i zapomnieć.

Czwarty, najbardziej kosztowny: uruchomienie Demand Gen zanim w koncie działa porządny pomiar konwersji. Wtedy nie tworzysz popytu, tylko kupujesz wyświetlenia i opowiadasz sobie historię o budowaniu świadomości.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.