Przewodnik po optymalizacji stron w usłudze Bing Webmaster Tools (rozwój Bing Chat).

Druga wyszukiwarka przestała być tylko drugą

Baner wejsciowyParallax

Przewodnik po optymalizacji stron w usłudze Bing Webmaster Tools (rozwój Bing Chat).

Druga wyszukiwarka przestała być tylko drugą

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
31 maja 2023

Bing przez lata był w rozmowach o SEO traktowany jak przypis. Udział w polskim rynku wyszukiwania jest na tyle mały, że argument „nie warto się tym zajmować” był łatwy do obrony i przez większość czasu słuszny.

Od kilku miesięcy jest jednak inaczej i warto to nazwać precyzyjnie, bez popadania w drugą skrajność. Microsoft zintegrował z Bingiem model językowy OpenAI — funkcja, ogłoszona w lutym i przez pierwsze tygodnie dostępna w ograniczonym podglądzie z listą oczekujących, na początku maja została otwarta szerzej. To znaczy, że treści z indeksu Binga zaczęły zasilać odpowiedzi generatywne, w których wyszukiwarka nie tylko podaje listę linków, ale formułuje odpowiedź i wskazuje źródła.

Nie twierdzę, że udziały rynkowe się od tego odwróciły, bo nie ma na to podstaw. Twierdzę natomiast, że pojawił się nowy kanał widoczności, którego warunkiem wstępnym jest bycie w indeksie Binga — a to jest coś, co da się sprawdzić i naprawić w jeden wieczór.

Dlaczego w ogóle założyć Bing Webmaster Tools

Nawet abstrahując od Bing Chat, narzędzie daje kilka rzeczy, których Search Console nie pokazuje.

  • Pełniejsze dane o zapytaniach — Bing filtruje raporty mniej agresywnie niż Google, więc widać więcej długiego ogona. Przy analizie tego, jak ludzie formułują pytania, to bywa cenniejsze niż sam ruch z Binga.
  • Wbudowany audyt techniczny witryny — narzędzie samo skanuje serwis i wypisuje problemy: brakujące tytuły, zduplikowane opisy, zbyt długie przekierowania, brakujące atrybuty alt. Google takiej funkcji nie oferuje.
  • Import konfiguracji z Search Console — potwierdzenie własności i mapy witryn można przenieść z konta Google, co skraca konfigurację do kilku kliknięć.
  • Podgląd tego, jak Bing widzi stronę, w tym możliwość zgłoszenia adresów do szybkiego indeksowania.

Koszt założenia i podstawowej konfiguracji to mniej niż godzina. Przy takiej relacji nakładu do informacji nie mam argumentu, żeby tego nie zrobić — nawet jeśli sam ruch z Binga w danym serwisie pozostanie marginalny.

Konfiguracja krok po kroku

Kolejność, która oszczędza najwięcej czasu.

Zacznij od importu z Google Search Console, jeśli masz tam potwierdzony serwis. To przenosi weryfikację własności i mapy witryn bez ręcznego wklejania znaczników.

Jeśli import nie jest możliwy, potwierdź własność jednym z trzech standardowych sposobów: znacznikiem w sekcji nagłówka strony, plikiem wgranym na serwer albo wpisem w DNS. Wybór nie ma znaczenia funkcjonalnego — wpis w DNS jest najtrwalszy, bo przeżywa przebudowy szablonu.

Następnie zgłoś mapę witryny i sprawdź w raporcie, czy została poprawnie przetworzona. Rozbieżność między liczbą adresów w mapie a liczbą zaindeksowanych jest pierwszą rzeczą, na którą patrzę.

Na koniec skonfiguruj dwie rzeczy, o których łatwo zapomnieć: kontrolę tempa skanowania, jeśli serwer jest obciążony, oraz powiadomienia e-mail o wykrytych problemach. Bez powiadomień narzędzie zostanie otwarte raz i zapomniane.

Co realnie sprawdzam w raportach

Nie przeglądam wszystkiego. Cztery miejsca dają większość wartości.

Raport wydajności zapytań — patrzę nie na ruch, a na listę fraz. Zapytania, które Bing pokazuje, a Google filtruje, to gotowy materiał na rozbudowę treści i uzupełnienie długiego ogona.

Audyt witryny — przechodzę listę wykrytych problemów raz, na początku, i naprawiam to, co realne. Część zgłoszeń jest zbyt rygorystyczna i nie warto ich traktować jako obowiązku; brakujące opisy i błędne przekierowania warto naprawić niezależnie od Binga.

Indeksowanie — sprawdzam, czy Bing widzi te same sekcje serwisu co Google. Zdarza się, że jakiś fragment jest odcięty przez regułę w pliku robots, która została napisana z myślą o jednym robocie i przypadkowo dotyczy wszystkich.

Linki przychodzące — dane różnią się od tych z Google i bywają uzupełnieniem obrazu przy audycie profilu linków.

Co zmienia Bing Chat

Tu potrzebna jest ostrożność, bo to obszar świeży i pełno w nim spekulacji.

Wiadomo, że odpowiedzi generatywne w Bingu opierają się na treściach z indeksu i podają odnośniki do źródeł. Wynika z tego jedna praktyczna konsekwencja, którą można traktować jako pewną: strona, której nie ma w indeksie Binga, nie ma szansy zostać zacytowana. Podstawą jest więc indeksacja, a nie żadna nowa technika optymalizacji.

Poza tym rozsądne jest to, co i tak jest rozsądne w SEO: treści odpowiadające konkretnie na konkretne pytania, jasna struktura nagłówków, dane jednoznaczne i weryfikowalne, aktualność. Materiał, z którego łatwo wyciągnąć zwięzłą odpowiedź, ma większe szanse posłużyć jako źródło niż tekst, w którym odpowiedź jest rozproszona w dziesięciu akapitach.

Czego natomiast nie wiemy i czego nie należy sprzedawać jako wiedzy: jak dokładnie dobierane są cytowane źródła, czy da się to skutecznie optymalizować i jak przełoży się to na ruch. Nie ma też jeszcze narzędzi raportujących, ile razy zostałeś zacytowany w odpowiedzi generatywnej. Kto dziś obiecuje „optymalizację pod Bing Chat” z konkretnymi metodami, wyprzedza dostępne dane.

Jest jeszcze wątek, który warto obserwować: Google zapowiedziało w maju własne rozwiązanie generatywne w wyszukiwarce, na razie w programie testowym i poza Europą. Kierunek jest więc wspólny dla obu wyszukiwarek, ale u Google to na dziś zapowiedź, nie funkcja, z której korzystają użytkownicy.

Ile czasu w to wkładać

Moje zalecenie jest niepopularnie skromne i wynika z proporcji rynku.

Jednorazowo: założenie konta, import z Search Console, zgłoszenie mapy witryny, przejście audytu technicznego. To realnie jeden wieczór i daje wszystko, co najważniejsze.

Cyklicznie: zaglądanie raz na kwartał, głównie po dane o zapytaniach i po sprawdzenie, czy indeksacja nie odjechała. Nie prowadzę osobnej strategii treści pod Binga i nie znam sytuacji, w której na polskim rynku byłoby to uzasadnione.

Czego nie robię: nie optymalizuję pod Binga rzeczy, które szkodziłyby widoczności w Google, i nie buduję osobnych treści dla drugiej wyszukiwarki. Dobra wiadomość jest taka, że fundamenty są wspólne — porządna technika, sensowna struktura i treść odpowiadająca na pytanie działają w obu miejscach.

Gdyby układ sił na rynku zaczął się realnie zmieniać, ten rachunek trzeba będzie przeliczyć. Na dziś Bing Webmaster Tools traktuję jako tanie źródło danych i formę zabezpieczenia, nie jako drugi front pracy.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.