Porównanie efektywności reklam Demand Gen i reklam w sieci społecznościowej Meta Ads.

Dwa systemy, dwa różne pomiary

Baner wejsciowyParallax

Porównanie efektywności reklam Demand Gen i reklam w sieci społecznościowej Meta Ads.

Dwa systemy, dwa różne pomiary

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
31 maja 2024

To pytanie wraca w każdej rozmowie o budżecie: co się lepiej opłaca, Google czy Meta. Od kilku miesięcy ma nową wersję, bo po stronie Google pojawił się typ kampanii, który celowo wchodzi na teren dotąd zajmowany przez reklamy społecznościowe — Demand Gen, następca Discovery, od marca jedyny wariant tego formatu w koncie.

Odpowiedzi „Google jest lepszy” albo „Meta jest tańsza” nie dam, bo takiej odpowiedzi nie ma. Dam natomiast coś bardziej użytecznego: opis miejsc, w których te dwa systemy naprawdę się różnią, i wyjaśnienie, dlaczego zestawianie liczb z dwóch paneli obok siebie prowadzi do złych decyzji.

Piszę to z perspektywy osoby, która prowadzi kampanie w obu systemach i regularnie tłumaczy klientom, dlaczego suma konwersji z dwóch raportów nie zgadza się z liczbą zamówień w sklepie.

Dlaczego „efektywność" nie porównuje się wprost

Największy błąd w tej dyskusji jest metodologiczny, nie merytoryczny. Ludzie otwierają dwa panele, patrzą na koszt konwersji i ogłaszają zwycięzcę. Tymczasem obie liczby powstały według innych reguł.

Domyślne okna atrybucji są różne. Modele przypisania też. Meta domyślnie liczy konwersje z kliknięcia w oknie siedmiu dni oraz z wyświetlenia w oknie jednego dnia — czyli przypisuje sobie także efekty samego obejrzenia reklamy. Google Ads w kampaniach nastawionych na konwersje działa na innych oknach i inaczej traktuje kontakt bez kliknięcia. Do tego dochodzi to, że oba systemy raportują z własnego punktu widzenia i żaden nie wie o drugim.

Efekt jest przewidywalny: przy równoległym prowadzeniu obu kanałów suma konwersji z paneli jest wyższa niż liczba realnych transakcji. Nie jest to oszustwo żadnej ze stron, tylko konsekwencja tego, że każdy przypisuje sobie ten sam efekt.

Dlatego jedyne sensowne porównanie odbywa się poza panelami — w systemie sprzedażowym, w GA4 albo w prostym arkuszu, w którym patrzysz na łączne wydatki i łączny przychód w danym tygodniu. Wszystko inne to porównywanie dwóch różnych metryk o tej samej nazwie.

Gdzie faktycznie pokazują się te reklamy

Tu różnica jest realna i konkretna.

Demand Gen dociera do użytkowników w kilku miejscach należących do Google. To przede wszystkim YouTube — w tym kanał główny, sekcja rekomendacji, oraz Shorts — a poza tym Discover i Gmail. Charakter tych powierzchni jest istotny: użytkownik jest w trybie konsumpcji treści, ale w środowisku, w którym intencja bywa bliżej wyszukiwania niż w klasycznym feedzie społecznościowym.

Meta Ads to Facebook i Instagram wraz z ich formatami krótkiego wideo i Stories, sieć partnerska oraz Messenger. Środowisko jest społecznościowe w pełnym sensie — treść jest tworzona i dystrybuowana przez znajomych i obserwowane profile, a reklama wchodzi między nie.

Praktyczna konsekwencja dotyczy zasięgu w konkretnych grupach. YouTube i Discover mają szeroki zasięg także tam, gdzie zaangażowanie w media społecznościowe jest niższe. Z drugiej strony Meta ma powierzchnie, w których interakcja społeczna jest częścią mechaniki reklamy, czego Demand Gen nie odwzoruje.

Nie traktowałbym więc tych systemów jako zamienników. Dla części ofert wybór między nimi to wybór między dwiema różnymi grupami odbiorców w tym samym momencie decyzyjnym.

Kierowanie i sygnały o odbiorcach

W obu systemach kierowanie przesunęło się w ostatnich latach w stronę automatu, ale punkt wyjścia jest inny.

  • Demand Gen korzysta z segmentów odbiorców Google — zainteresowań, odbiorców na rynku, danych własnych — oraz z segmentów podobnych odbiorców budowanych na Twojej liście. Do tego dochodzą sygnały wynikające z historii aktywności w usługach Google, w tym z zapytań w wyszukiwarce.
  • Meta Ads opiera się na danych zachowań w obrębie swoich platform, grupach podobnych odbiorców i pikselu. Zestaw sygnałów jest inny, bo pochodzi z innego typu aktywności — reakcji, obserwowanych profili, interakcji z treścią.
  • Po stronie Google warto pamiętać o sygnale, którego Meta z definicji nie ma: historii wyszukiwania. To dla mnie najmocniejszy argument za testowaniem Demand Gen przy ofertach, w których użytkownik czegoś aktywnie szukał.
  • W obu przypadkach jakość listy własnej decyduje o wyniku bardziej niż wybór platformy. Konto z porządną, aktualną bazą klientów startuje z lepszej pozycji wszędzie.

Na Google Marketing Live pod koniec maja Google zapowiedziało obniżenie minimalnego rozmiaru listy źródłowej dla segmentów podobnych odbiorców — jeśli to wejdzie w Twoim koncie, próg wejścia dla mniejszych firm będzie niższy. Na razie traktuję to jako zapowiedź, nie funkcję do zaplanowania w budżecie.

Kreacje i tempo produkcji

Oba systemy są nienasycone pod względem kreacji i to jest ich wspólna cecha. Różnią się jednak wymaganiami.

Demand Gen chce od Ciebie materiału w kilku proporcjach jednocześnie — poziomym, kwadratowym i pionowym — bo powierzchnie są różne i ta sama kreacja nie zadziała w Shorts i w rekomendacjach na telewizorze. Wideo jest tu formatem pierwszej kategorii, a nie dodatkiem.

Meta również premiuje wideo pionowe, ale nadal daje sensowne wyniki na statycznej grafice i karuzeli. Widzę to na kontach, które prowadzę: w Meta prostsza produkcja bywa wystarczająca, w Demand Gen brak wideo mocno zawęża dostępne miejsca.

Z punktu widzenia kosztu prowadzenia kampanii oznacza to konkretną rzecz. Jeśli firma nie ma zdolności produkcji wideo — własnej albo kupionej — Demand Gen wystartuje na kredyt i szybko wyczerpie zestaw materiałów. Zanim rozdzielę budżet, pytam o to na samym początku.

Pomiar i atrybucja — największa różnica

Tu leży sedno, a jednocześnie rzecz, o której w porównaniach mówi się najmniej.

Google Ads i Meta wyliczają konwersje na podstawie własnych danych, własnych okien i własnych modeli uzupełniania luk. Od marca w Europie doszedł do tego Consent Mode v2, który zmienił sposób, w jaki dane o zgodach trafiają do Google — i który u części kont wpłynął na wolumen raportowanych konwersji. To nie jest zmiana skuteczności kampanii, tylko zmiana pomiaru, i trzeba je rozdzielić przy ocenie wyników z ostatnich miesięcy.

Praktyczne wnioski, które stosuję:

  • Nie zestawiam kosztu konwersji z dwóch paneli jako liczb tego samego rodzaju. Zestawiam natomiast łączny wydatek do łącznego przychodu w tym samym okresie.
  • Jeden model raportowania trzymam jako punkt odniesienia — najczęściej GA4 albo dane z systemu sklepowego. Nie dlatego, że jest doskonały, ale dlatego, że jest wspólny dla obu kanałów.
  • Przy ocenie kanałów górnej części lejka patrzę na wzrost zapytań brandowych i ruchu bezpośredniego. Demand Gen i Meta mają wpływ, który w atrybucji ostatniego kliknięcia jest niewidoczny.

Jak zaprojektować test, który coś rozstrzyga

Skoro liczb z paneli nie da się porównać wprost, pozostaje eksperyment.

Najprostszy wariant, który daje się przeprowadzić w normalnej firmie: dzielisz test na okresy, nie na kanały. Dwa tygodnie z podniesionym budżetem na jednym kanale przy niezmienionym drugim, potem odwrotnie, i patrzysz na łączny wynik sprzedażowy, nie na raporty poszczególnych systemów. Metoda jest zgrubna i wrażliwa na sezonowość, ale odpowiada na właściwe pytanie: czy dodatkowa złotówka w tym kanale przyniosła dodatkową sprzedaż.

Warunki, bez których nie ma sensu zaczynać: ta sama oferta po obu stronach, ta sama strona docelowa, porównywalna jakość kreacji i okres bez promocji ani wyprzedaży. Widzę regularnie testy, w których jeden kanał dostał świeże materiały, a drugi kreację z zeszłego roku — i wnioski z takiego porównania dotyczą kreacji, nie platformy.

Dodałbym jeszcze jedną rzecz: daj każdemu wariantowi minimum dwa tygodnie. Oba systemy uczą się na danych konwersji, a ocena po pięciu dniach mierzy głównie okres uczenia.

Kiedy wybieram jedno, kiedy drugie

Jeśli budżet pozwala tylko na jeden kanał, decyduję na podstawie kilku rzeczy, i żadna z nich nie jest kosztem konwersji z panelu.

Sięgam po Demand Gen, gdy oferta wiąże się z aktywnym poszukiwaniem — remontem, kursem, usługą finansową, sprzętem specjalistycznym — bo sygnały z wyszukiwarki mają wtedy wartość, której Meta nie odtworzy. Sięgam też po nią, gdy klient ma dobry materiał wideo i konto Google Ads z czystym pomiarem konwersji oraz sensowną listą własną.

Sięgam po Meta Ads, gdy produkt sprzedaje się wizualnie i impulsowo, gdy grupa docelowa jest opisywalna zainteresowaniami lepiej niż zapytaniami, oraz gdy zespół potrafi produkować dużo kreacji szybko. Przy niskich budżetach start bywa tam prostszy.

Najczęściej jednak odpowiedź brzmi: oba, w różnych rolach, z jednym wspólnym punktem odniesienia w pomiarze. I to nie jest wykręt — to konsekwencja tego, że mówimy o dwóch różnych zbiorach powierzchni reklamowych, a nie o dwóch wersjach tego samego produktu.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.