Optymalizacja budżetu w Google Ads z wykorzystaniem dopasowania ścisłego i śledzenia udziału w rynku.

Najpierw pewne frazy, potem walka o resztę

Baner wejsciowyParallax

Optymalizacja budżetu w Google Ads z wykorzystaniem dopasowania ścisłego i śledzenia udziału w rynku.

Najpierw pewne frazy, potem walka o resztę

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
30 czerwca 2023

Rozmowa o optymalizacji budżetu prawie zawsze zaczyna się od pytania „ile dosypać”. Uważam, że to złe pierwsze pytanie. Właściwe brzmi: czy pieniądze, które już wydajesz, trafiają na zapytania, o których wiesz, że sprzedają.

Dwa narzędzia pozwalają na to odpowiedzieć precyzyjnie i oba są w panelu od zawsze. Pierwsze to dopasowanie ścisłe, które pozwala wydzielić zapytania znane i pewne. Drugie to udział w wyświetleniach, który mówi, jaką część dostępnego rynku na tych zapytaniach faktycznie zdobywasz.

Połączenie jednego z drugim daje coś, czego nie da żadna ze strategii automatycznych: jasną odpowiedź na pytanie, czy problemem jest brak pieniędzy, brak jakości, czy po prostu brak rynku.

Dlaczego dopasowanie ścisłe wróciło do łaski

Przez lata dopasowanie ścisłe traciło na znaczeniu, bo Google systematycznie rozszerzał to, co pod nie podpada. Dziś nie oznacza identycznego ciągu znaków, a zapytania o tym samym znaczeniu — z odmianami, literówkami, przeformułowaniami.

To rozszerzenie bywa traktowane jako argument przeciw temu typowi dopasowania. Uważam odwrotnie: ścisłe pozostaje najwęższym dostępnym narzędziem, a skoro pozostałe typy poszerzyły się jeszcze bardziej, jego względna przewaga w kontroli wzrosła.

Praktyczna rola, jaką mu wyznaczam, jest wąska i konkretna. Do dopasowania ścisłego przenoszę frazy, o których wiem z danych, że konwertują: znalezione w raporcie wyszukiwanych haseł, z historią sprzedaży, z policzonym kosztem konwersji. Nie zgadywane, nie wygenerowane przez planer — potwierdzone.

Te frazy dostają osobną grupę reklam albo osobną kampanię, własną stawkę i własny budżet. To jest rdzeń konta, o który nie chcę walczyć resztkami środków po tym, jak szerokie dopasowanie zje budżet na przypadkowych zapytaniach.

Jak zbudować taką strukturę

Kolejność, którą stosuję przy przebudowie istniejącego konta.

  • Wyciągnij zapytania z historią konwersji z raportu wyszukiwanych haseł za możliwie długi okres. Kryterium: choć jedna konwersja i koszt konwersji mieszczący się w celu.
  • Dodaj je jako dopasowanie ścisłe w wydzielonej strukturze, pogrupowane po intencji — nie wszystkie do jednej grupy, bo wtedy nie da się napisać trafnej reklamy.
  • Wyklucz te frazy z kampanii szerokich, dodając je jako wykluczenia w dopasowaniu ścisłym. Bez tego kampanie licytują przeciwko sobie i sam podnosisz sobie koszty.
  • Zostaw kampanie szerokie w roli badawczej — z niższym budżetem, rozbudowaną listą wykluczeń i jednym zadaniem: znajdować nowe frazy, które po potwierdzeniu awansują do struktury ścisłej.
  • Ustal rytm przeglądu: co dwa tygodnie zaglądam do raportu wyszukiwanych haseł kampanii badawczych i albo awansuję frazę, albo ją wykluczam. Trzeciej opcji nie ma — pozostawienie jej bez decyzji oznacza wydawanie pieniędzy na coś, o czym nie mam zdania.

Ten model wymaga pracy i nie jest modny w czasach, w których większość komunikatów namawia do oddania kontroli automatom. Broni się jednak liczbami wszędzie tam, gdzie budżet jest ograniczony i każde kliknięcie musi mieć uzasadnienie.

Udział w wyświetleniach jako miara sufitu

Kiedy masz już rdzeń na dopasowaniu ścisłym, potrzebujesz odpowiedzi na pytanie, ile jeszcze da się z niego wyciągnąć. Do tego służy udział w wyświetleniach.

Metryka mówi, jaki procent dostępnych wyświetleń zdobywasz — przy Twoim obecnym kierowaniu i słowach kluczowych. Do tego Google rozbija to, czego nie zdobyłeś, na dwie przyczyny, i ta rozbiórka jest sednem całej analizy.

Utrata z powodu budżetu znaczy, że aukcję dałoby się wygrać, ale skończyły się pieniądze. Jeśli dzieje się to w kampanii ze zdrowym kosztem konwersji, masz przed sobą najtańszy dostępny wzrost — dosypanie budżetu przełoży się na sprzedaż niemal liniowo, dopóki nie wyczerpiesz zapasu.

Utrata z powodu rankingu znaczy, że przegrywasz aukcje. Tu dosypanie budżetu nie zmieni nic, bo budżet nie jest wykorzystywany do końca. Trzeba albo podnieść stawkę, albo poprawić jakość — a to drugie jest tańsze i trwalsze.

Praktyczna reguła, którą stosuję: zanim podniosę budżet gdziekolwiek, sprawdzam, czy kampania w ogóle traci wyświetlenia z powodu budżetu. Jeśli nie traci, dosypywanie środków jest ruchem pozornym.

Gdzie kończy się sens walki o udział

Sto procent udziału nie jest celem i to warto powiedzieć wyraźnie, bo bywa wpisywane do prezentacji jako ambicja.

Ostatnie kilkanaście procent udziału w wyświetleniach to zwykle aukcje najbardziej konkurencyjne, o najwyższej cenie kliknięcia. Domykanie ich rentownie udaje się rzadko. Przy pełnym udziale warto natomiast zadać inne pytanie — czy kierowanie i lista fraz nie są za wąskie. Sto procent udziału na pięciu frazach oznacza, że wykorzystałeś cały rynek, który sam sobie zdefiniowałeś, a nie cały rynek istniejący.

Przydatne są tu Statystyki aukcji. Pokazują, z kim faktycznie rywalizujesz i jaki udział mają konkurenci. Bywa, że rozwiązują dylemat od razu: jeśli w aukcji stoi gracz o wielokrotnie większym budżecie, sensowniejszą decyzją jest przesunięcie środków na mniej obleganą część rynku niż walka, której nie da się wygrać rentownie.

Jak połączyć to w jeden proces decyzyjny

Rytm, który stosuję raz w miesiącu, w tej kolejności.

Najpierw sprawdzam rdzeń na dopasowaniu ścisłym: koszt konwersji i utracony udział. Kampanie z dobrym kosztem i utratą z powodu budżetu dostają więcej środków — to decyzja podejmowana bez dyskusji.

Potem sprawdzam utratę z powodu rankingu w tym samym rdzeniu. Jeśli jest wysoka, nie podnoszę stawek od razu, a najpierw patrzę na składowe wskaźnika jakości. Poprawa trafności reklamy i strony docelowej obniża koszty, podczas gdy podniesienie stawki je podnosi.

Na końcu patrzę na kampanie badawcze i podejmuję decyzje o awansie albo wykluczeniu fraz. Środki na tę część biorę z tego, co zostało — i przyjmuję, że jest to koszt zdobywania wiedzy, nie inwestycja z natychmiastowym zwrotem.

Zaletą tego procesu jest to, że każda decyzja ma uzasadnienie w konkretnej liczbie, a nie w przeczuciu. Wadą, że wymaga regularności — a konto, do którego nikt nie zagląda przez kwartał, wróci do stanu, w którym budżet znowu rozpływa się w zapytaniach, o których nikt nic nie wie.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.