Optymalizacja budżetu kampanii Google Ads w branżach o wysokim tempie zmian sezonowych.

Budżet, który nadąża za popytem

Baner wejsciowyParallax

Optymalizacja budżetu kampanii Google Ads w branżach o wysokim tempie zmian sezonowych.

Budżet, który nadąża za popytem

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
29 lipca 2021

Klimatyzacja, ogrzewanie, sprzęt narciarski, wesela, ogrodnictwo, usługi remontowe, prezenty. W tych branżach roczna sprzedaż potrafi skupić się w kilku tygodniach, a stała kwota wydawana co miesiąc jest jednym z najbardziej kosztownych uproszczeń, jakie widzę na kontach.

Mechanizm straty jest podwójny. W szczycie kampania kończy budżet w połowie dnia i oddaje ruch konkurencji dokładnie wtedy, gdy każde kliknięcie jest najwięcej warte. Poza sezonem te same pieniądze idą na zapytania, które nie mają szans zamienić się w sprzedaż.

Poniżej opisuję, jak podchodzę do rozłożenia budżetu w czasie i co trzeba zrobić wcześniej, żeby automatyczne strategie stawek nie zgubiły się przy nagłej zmianie popytu.

Rozpoznanie własnej sezonowości

Zaczynam od danych, nie od intuicji klienta. Intuicja bywa trafna co do miesiąca, prawie nigdy co do tygodnia — a przy krótkich sezonach tygodnie decydują.

Trzy źródła, które zestawiam.

Historia konta z poprzednich lat, w podziale tygodniowym, a nie miesięcznym. Interesuje mnie nie tylko sprzedaż, ale też koszt konwersji i liczba wyświetleń — bo wzrost zainteresowania widać w wyświetleniach wcześniej niż w transakcjach.

Dane sprzedażowe firmy, także spoza internetu. Bywa, że sezon w kanale internetowym startuje o dwa tygodnie wcześniej niż w sklepie stacjonarnym, i to jest bardzo praktyczna informacja.

Dane o zainteresowaniu wyszukiwaniami z narzędzia trendów i z planera słów kluczowych. Pokazują kształt krzywej niezależnie od tego, jak firma sobie w danym roku radziła.

Z tego zestawienia buduję prosty kalendarz: kiedy popyt zaczyna rosnąć, kiedy jest szczyt, kiedy opada. Najważniejsza data to nie szczyt, ale moment startu wzrostu, bo to on wyznacza termin przygotowań.

Wyprzedzenie, nie reakcja

Podstawowy błąd w kampaniach sezonowych polega na zwiększaniu budżetu, gdy sprzedaż już rośnie. Wtedy jest za późno na dwie rzeczy naraz.

Pierwsza to pozycja w aukcji. Konkurenci, którzy weszli tydzień wcześniej, mają już dane, historię i lepszą pozycję. Wejście w środek rozgrzanej aukcji jest droższe.

Druga, ważniejsza: okres uczenia automatycznej strategii. Jeśli kampania wchodzi w sezon w trakcie uczenia się po zmianie ustawień, traci najlepsze dni na dochodzenie do formy. Dlatego wszystkie istotne zmiany — strategii stawek, struktury, celów — robię z zapasem kilku tygodni przed wzrostem, a w sezonie zmieniam wyłącznie budżety.

Zaczynam więc zwiększać obecność, gdy dane pokazują pierwsze ruchy, a nie gdy telefon zaczyna dzwonić. To wymaga zaufania do liczb i bywa najtrudniejszą częścią rozmowy z klientem, bo oznacza wydawanie pieniędzy przed pojawieniem się sprzedaży.

Rozkład budżetu w czasie

Zamiast równych kwot miesięcznych planuję rok jako krzywą.

Sposób, który stosuję: całoroczny budżet dzielę na trzy części. Podstawową, utrzymującą obecność przez cały rok. Sezonową, przypisaną do konkretnych tygodni według kalendarza. I rezerwę, zwykle rzędu kilkunastu procent, nierozdysponowaną z góry.

Rezerwa jest kluczowa i najczęściej pomijana. Sezon nigdy nie wygląda dokładnie tak jak rok wcześniej — pogoda, kalendarz świąt, ruchy konkurencji. Bez zapasu każda korekta w górę wymaga zabierania środków skądś indziej, a to zwykle oznacza wyłączanie czegoś, co pracuje.

Poza sezonem nie wyłączam kampanii całkowicie i tu warto zachować ostrożność. Zerowanie budżetu na kilka miesięcy oznacza, że kampania wraca bez świeżych danych, a strategie automatyczne muszą uczyć się od nowa. Wolę zredukować wydatki do poziomu utrzymującego minimalną obecność na najważniejszych frazach.

Co robię w martwym sezonie

Okres niskiego popytu ma dwie funkcje, których nie da się zrealizować w szczycie.

Pierwsza to testy. Nowe reklamy, nowe strony docelowe, zmiana struktury, próba innej strategii stawek — wszystko to robię wtedy, gdy błąd jest tani. Testowanie w szczycie sezonu to zakład o roczny wynik.

Druga to budowanie list odbiorców. Ruch spoza sezonu bywa tańszy i choć nie kupuje dziś, można go zapisać na później. Kampania nastawiona na zasięg i treści poradnikowe, prowadzona kilka miesięcy przed sezonem, daje listy, które w szczycie obsługuje się remarketingiem po znacznie niższym koszcie. Listy nie powstają wstecz i to argument, który przekonuje najskuteczniej.

Trzecia rzecz, mniej oczywista: porządki. Feed produktowy, wykluczenia, rozszerzenia reklam, strony docelowe. Wszystko to zajmuje czas, którego w sezonie nie będzie.

Automatyczne strategie i korekty sezonowe

Strategie oparte na uczeniu maszynowym mają jedną strukturalną słabość: uczą się z przeszłości. Gdy popyt zmienia się gwałtownie w ciągu kilku dni, ich założenia przestają odpowiadać rzeczywistości.

Google udostępnia na to narzędzie — korekty sezonowe. Pozwalają uprzedzić system, że w określonym przedziale dni oczekujesz istotnie innego współczynnika konwersji, na przykład z powodu wyprzedaży albo krótkiej akcji promocyjnej.

Warto znać ograniczenia tego narzędzia. Jest przewidziane do krótkich, wyraźnych zdarzeń — kilku dni promocji, nie całego trzymiesięcznego sezonu. Przy dłuższych okresach system i tak sam się dostosuje, a wprowadzanie sztucznych korekt na wiele tygodni bardziej przeszkadza niż pomaga.

Poza tym w sezonie zmieniam ustawienia jak najmniej. Podnoszę budżety, obserwuję utracony udział w wyświetleniach z powodu budżetu i reaguję na niego. Reszta zostaje w spokoju, bo każda modyfikacja celu w środku szczytu grozi restartem nauki w najgorszym momencie.

Monitorowanie w szczycie

W sezonie zmienia się rytm pracy nad kontem. Zamiast tygodniowego przeglądu wchodzę codziennie i patrzę na cztery rzeczy.

Czy kampanie nie kończą budżetu przed końcem dnia — widać to po tempie wydatków i po utraconym udziale w wyświetleniach z powodu budżetu.

Czy koszt konwersji nie wystrzelił ponad poziom, przy którym sprzedaż przestaje mieć sens. W szczycie stawki rosną, więc pewien wzrost jest normalny, ale trzeba znać granicę i wyznaczyć ją wcześniej, na spokojnie.

Czy stany magazynowe zgadzają się z tym, co reklamujemy. Reklamowanie wyprzedanego asortymentu w szczycie to najdroższy możliwy błąd — w sklepach warto to zautomatyzować, żeby produkty bez stanu wypadały z kampanii same.

Czy strona wytrzymuje ruch. Wolna albo niedostępna strona w sezonie zamienia cały budżet w stratę i to jest scenariusz, który zdarza się częściej, niż powinien.

Po sezonie

Ostatni etap, najczęściej pomijany z powodu zmęczenia.

Bezpośrednio po szczycie schodzę z budżetów, ale nie do zera i nie natychmiast — sprzedaż opada z opóźnieniem, a wśród spóźnionych zapytań bywają najlepiej konwertujące.

Potem, w ciągu dwóch tygodni, spisuję przebieg sezonu: rzeczywiste daty startu i szczytu, poziom kosztów konwersji, co się sprzedawało, co się nie sprzedawało, jakie zmiany wprowadzono i kiedy. Ten dokument jest podstawą planu na przyszły rok i po roku nikt go nie odtworzy z pamięci.

Notuję też rzeczy, które nie zadziałały. Sezon jest jedynym momentem, w którym widać, gdzie leżą prawdziwe ograniczenia — w budżecie, w magazynie, w obsłudze zamówień czy w wydajności strony. To wiedza wykraczająca poza Google Ads i zwykle najbardziej użyteczna dla firmy.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.