Jak pisać teksty na stronę pod SEO, które jednocześnie sprzedają?

Jeden tekst, dwóch odbiorców

Baner wejsciowyParallax

Jak pisać teksty na stronę pod SEO, które jednocześnie sprzedają?

Jeden tekst, dwóch odbiorców

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
27 kwietnia 2021

Konflikt między SEO i sprzedażą jest w większości pozorny i wynika z jednego złego nawyku: pisania tekstu do algorytmu, a potem dopisywania na końcu zdania o kontakcie.

Znam ten gatunek na pamięć. Dwa tysiące znaków pod nagłówkiem „Nasze usługi”, w środku fraza kluczowa w każdym akapicie, na końcu „zapraszamy do kontaktu”. Taki tekst nie sprzedaje nikomu i coraz częściej nie pomaga też w wynikach, bo Google od dawna ocenia znacznie więcej niż obecność frazy.

Piszę o tym z perspektywy osoby, która ogląda potem dane. Widzę, ile osób wchodzi na taką stronę z wyszukiwarki i ile z nich wykonuje jakiekolwiek działanie. Ta druga liczba jest zwykle rozczarowująca — i to jest właściwe miejsce, żeby zacząć naprawę.

Ustal jedną frazę i jednego odbiorcę

Przed pierwszym zdaniem odpowiadam sobie na dwa pytania: na jakie zapytanie ta strona ma odpowiadać i kto je wpisuje.

Jedna główna fraza na stronę. Do niej dokładam kilka wyrażeń pokrewnych, ale kierunek jest jeden. Strona, która próbuje obsłużyć pięć różnych zapytań, dla algorytmu jest niejednoznaczna, a dla czytelnika rozmyta.

Odbiorca jest ważniejszy, niż się wydaje, bo determinuje poziom szczegółowości. Osoba wpisująca „ile kosztuje wymiana rozrządu” wie mniej niż osoba wpisująca nazwę konkretnego silnika i numer katalogowy. Pierwszej trzeba wyjaśnić, na czym polega usługa. Drugą taki wstęp irytuje i skłania do wyjścia.

Ten wybór ustawia całą resztę. Bez niego tekst rozjeżdża się w obie strony jednocześnie i nie działa na żadną.

Pierwszy ekran decyduje o wszystkim

Najbardziej wartościowa część tekstu to trzy pierwsze zdania. Tam użytkownik decyduje, czy zostaje.

Zaczynam od potwierdzenia, że trafił dobrze — a to znaczy użycia tych słów, których sam użył w wyszukiwarce. Nie synonimu wymyślonego w firmie, nie oficjalnej nazwy działu. Potem podaję najważniejszą konkretną informację: co robimy, dla kogo, na jakich warunkach.

Klasyczny błąd to otwarcie od historii firmy albo od zdania o dynamicznie rozwijającej się branży. Nikt nie wpisał w wyszukiwarkę pytania o dynamikę branży.

Nagłówek pierwszego poziomu ma być jeden i ma zawierać główną frazę w naturalnej formie. Nie w mianowniku wciśniętym siłą, jeśli zdanie brzmi wtedy dziwnie — od lat nie ma powodu robić tego kosztem języka.

Struktura, którą stosuję

Układ, który sprawdza się i w wynikach, i w konwersji, jest zwykle taki:

  • Lead — kilka zdań odpowiadających na zapytanie wprost, bez rozbiegu.
  • Rozwinięcie w sekcjach — każda pod jednym pytaniem, które ludzie faktycznie zadają. Pytania biorę z podpowiedzi wyszukiwarki, z sekcji „podobne pytania” i z tego, co słyszy dział obsługi.
  • Konkrety handlowe — zakres, warunki, terminy, widełki cenowe, obszar działania. To najczęściej brakująca część i jednocześnie najczęściej czytana.
  • Zastrzeżenia i wyjątki — czego nie robimy, kiedy usługa nie ma sensu. Buduje zaufanie skuteczniej niż cała reszta tekstu.
  • Wyraźne przejście dalej — jedno, powtórzone w kilku miejscach, prowadzące do tej samej akcji.

Nagłówki drugiego poziomu piszę tak, żeby dały się przeczytać jako spis treści i żeby po samych nagłówkach było wiadomo, o czym jest strona. To pomaga i skanującemu wzrokiem czytelnikowi, i wyszukiwarce, która z nagłówków buduje obraz dokumentu.

Fraza w tekście: gdzie i ile

Nie liczę nasycenia frazą i nie znam nikogo poważnego, kto by to jeszcze robił. Zamiast tego pilnuję kilku miejsc, w których obecność frazy ma znaczenie: tytułu strony, nagłówka pierwszego poziomu, pierwszego akapitu, jednego z nagłówków w środku i tekstu odnośników prowadzących do tej strony z innych podstron.

Poza tym piszę normalnie. Jeśli tekst dotyczy tematu, fraza pojawi się sama, a wraz z nią całe pole wyrazów pokrewnych, które dla algorytmu jest dziś ważniejsze niż powtarzanie jednego wyrażenia. Wymuszanie odmiany „usługi hydrauliczne Poznań” w każdym akapicie brzmi nienaturalnie i to widać.

Jedno zastrzeżenie z drugiej strony: nie unikam frazy z nadmiaru elegancji. Spotykam teksty napisane tak ładnie, że nigdzie nie występuje w nich wyrażenie, na które strona ma się wyświetlać, bo autor konsekwentnie używał synonimów. To też jest błąd, tylko rzadszy.

Długość i to, co ją wyznacza

Nie mam docelowej liczby znaków i nie wierzę w progi w rodzaju „minimum trzy tysiące”.

Długość wyznacza temat i to, co widać w wynikach na dane zapytanie. Jeśli na pierwszej stronie są rozbudowane poradniki, krótka notka nie wystarczy. Jeśli są zwięzłe strony ofertowe, rozdmuchany tekst nie pomoże, a pogorszy doświadczenie.

Przy stronach kategorii w sklepach stosuję inną zasadę: krótki tekst nad listą produktów, dłuższy pod nią. Nikt nie przyszedł na kategorię, żeby czytać, i zasypanie górnej części ekranu opisem to najprostszy sposób obniżenia sprzedaży. Kilka zdań, które doprecyzowują, co jest w tej kategorii i jak wybierać, wystarcza w zupełności.

Test, który stosuję po napisaniu: usuwam po kolei akapity i sprawdzam, czy czegoś brakuje. Jeśli nie brakuje, akapit nie był potrzebny.

Elementy, które faktycznie sprzedają

Sprzedaje konkret, nie przymiotnik. Kilka rzeczy, których obecność zmienia zachowanie użytkowników najbardziej widocznie:

Cena albo widełki. Nawet informacja „od” wraz z wyjaśnieniem, od czego zależy wycena, działa lepiej niż milczenie. Brak jakiejkolwiek informacji o kosztach jest głównym powodem wychodzenia ze stron usługowych.

Czas i proces. Co się stanie po wysłaniu zapytania, kto się odezwie, w jakim czasie, jakie są kolejne kroki. Ludzie nie wysyłają formularzy, bo nie wiedzą, co potem.

Dowody. Zdjęcia własnych realizacji, a nie zdjęcia stockowe. Opinie z nazwiskiem albo firmą, jeśli klient się zgodził. Certyfikaty i uprawnienia tam, gdzie mają znaczenie prawne.

Odpowiedzi na obiekcje. Wypisane wprost, w osobnej sekcji. Dział obsługi zna je wszystkie i to najlepsze źródło materiału do tej części tekstu.

Redakcja i najczęstsze usterki

Po napisaniu robię dwa przejścia. Pierwsze pod kątem języka: skracam zdania, wyrzucam imiesłowy, zamieniam rzeczowniki odczasownikowe na czasowniki. Drugie pod kątem tego, co czytelnik ma zrobić: sprawdzam, czy na każdym ekranie jest widoczna droga dalej.

Usterki, które poprawiam najczęściej w tekstach przysyłanych do konsultacji:

Mówienie o sobie zamiast o kliencie — „posiadamy nowoczesny park maszynowy” zamiast „realizujemy zamówienia w ciągu trzech dni”.

Nomenklatura wewnętrzna. Nazwy pakietów, skróty, oznaczenia katalogowe, których nikt poza firmą nie zna. W branżach technicznych to plaga.

Ściana tekstu bez śródtytułów i wyróżnień, którą na telefonie nie da się przeczytać. Większość ruchu jest mobilna i tekst trzeba oglądać na małym ekranie, zanim się go opublikuje.

I ostatnia rzecz, najbardziej praktyczna: tekst raz napisany nie jest gotowy na zawsze. Po kilku miesiącach warto zobaczyć w Search Console, na jakie zapytania strona faktycznie się wyświetla, i dopisać sekcje odpowiadające na te, których nikt nie przewidział. Ta jedna czynność daje zwykle więcej niż napisanie kolejnego nowego tekstu.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.