Czym różni się Merchant Center Next od klasycznej wersji GMC?

Różnice, które faktycznie zmieniają pracę

Baner wejsciowyParallax

Czym różni się Merchant Center Next od klasycznej wersji GMC?

Różnice, które faktycznie zmieniają pracę

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
28 czerwca 2024

Kiedy pierwszy sklep, którym się zajmuję, dostał nową wersję Merchant Center, moja pierwsza reakcja była zła i nieuzasadniona: „przenieśli wszystko, nic nie znajdę”. Po kilku tygodniach pracy w obu wersjach naraz mam bardziej uporządkowane zdanie i chcę je tu spisać, bo pytanie o różnice dostaję teraz częściej niż jakiekolwiek inne pytanie o kampanie produktowe.

Różnice dzielą się na trzy kategorie i tylko jedna z nich jest naprawdę istotna. Pierwsza to nazwy — kosmetyka, która irytuje przez tydzień. Druga to układ raportów — zmiana w tym, jak patrzę na dane. Trzecia to zakres funkcji i to tutaj są prawdziwe konsekwencje, w tym takie, które potrafią zablokować pracę na tydzień.

Poniżej porównanie ułożone od rzeczy najmniej do najbardziej bolesnych. Piszę z perspektywy osoby, która pracuje na kilku kontach jednocześnie, więc siłą rzeczy widzę raczej różnice operacyjne niż wizualne.

Nazewnictwo: ta sama rzecz, inne słowo

Zacznę od tabeli tłumaczeń, bo bez niej nie da się czytać żadnego poradnika napisanego przed zmianą.

  • Feed w klasycznym panelu to teraz źródło danych. Pojęcie jest szersze, bo obejmuje także dane pobierane bezpośrednio z witryny.
  • Miejsca docelowe to metody marketingowe. Ta zmiana jest sensowniejsza, niż wygląda: dawne „miejsce docelowe” było pojęciem technicznym, nowe mówi o tym, w jaki sposób sprzedajesz.
  • Diagnostyka to widok problemów wymagających uwagi. Tu zmienia się nie tylko nazwa, ale i sposób prezentacji — o tym niżej.
  • Feedy dodatkowe funkcjonują jako źródła dodatkowe, a reguły feedu jako reguły atrybutów.

Brzmi jak drobiazg i w większości przypadków nim jest. Ale ma jeden nieoczywisty skutek: cała dokumentacja wewnętrzna, wszystkie instrukcje przekazywane klientom i wszystkie poradniki w internecie mówią teraz innym językiem niż panel, w którym pracuje sklep. Jeśli prowadzisz w firmie jakiekolwiek procedury opisane krok po kroku, po migracji trzeba je przeczytać jeszcze raz.

Struktura konta i to, kto zobaczy zmianę

Klasyczne Merchant Center miało prosty model: konto sprzedawcy, opcjonalnie konto wielokontowe zbierające podkonta. Nowa wersja porządkuje to inaczej — mocniej rozdziela informacje o firmie od danych produktowych i inaczej pokazuje relację między kontem nadrzędnym a podkontami.

Dla jednosklepowego sprzedawcy nie ma to znaczenia. Różnica robi się widoczna, gdy konto obsługuje kilka krajów, kilka walut albo kilka marek w oddzielnych podkontach. Tam przyzwyczajenie do przeskakiwania między podkontami w jednym widoku trzeba wyrobić od nowa.

Jest jeszcze aspekt, o którym rzadko się pisze: kolejność migracji nie jest losowa. Proste konfiguracje przechodziły pierwsze, złożone później. Jeśli obsługujesz duże konto z rozbudowaną strukturą i nadal siedzisz w klasycznym panelu, to nie znaczy, że Cię pominięto — raczej że jesteś w trudniejszej grupie i masz jeszcze czas na przygotowanie się.

Praktyczna konsekwencja dla agencji i freelancerów: przez pewien czas trzeba umieć pracować w obu wersjach naraz i pamiętać, w której z nich siedzi który klient. Brzmi banalnie, ale to realne źródło pomyłek, szczególnie w rozmowie telefonicznej, gdy tłumaczysz komuś, gdzie ma kliknąć.

Dane produktowe: więcej automatu, mniej ręcznej kontroli

Tu leży najważniejsza różnica koncepcyjna, a nie tylko interfejsowa.

Klasyczne Merchant Center opierało się na założeniu, że sprzedawca dostarcza plik i odpowiada za jego treść. Nowa wersja przyjmuje inne założenie: Google może samo pozyskać dane o produktach ze sklepu i utrzymywać je aktualne, a plik jest jednym z możliwych źródeł, nie jedynym.

To przesunięcie ma dwie strony. Dla sprzedawcy, który nigdy nie miał dobrze przygotowanego feedu, oznacza niższy próg wejścia — katalog powstaje bez pracy nad plikiem. Dla kogoś, kto świadomie projektował dane produktowe, oznacza mniejszą pewność, skąd bierze się konkretna wartość widziana w panelu. Kiedy tytuł produktu w Merchant Center różni się od tytułu w moim pliku, w klasycznej wersji miałem dwie możliwe przyczyny. Teraz mam ich więcej.

Wniosek, który z tego wyciągam, jest prosty: rośnie znaczenie porządku na stronach produktowych. Dane strukturalne, spójne ceny, jednoznaczna dostępność. W klasycznym panelu można było mieć bałagan na stronie i porządek w pliku. Teraz te dwa światy są ze sobą mocniej związane.

Raporty i diagnostyka: co zyskałem, co straciłem

Nowa wersja zebrała w jednym miejscu rzeczy, które wcześniej były rozsypane: dane o cenach na tle rynku, widoczność konkurencji, informacje o produktach najlepiej sprzedających się w kategorii. Do tego doszły raporty pokazujące, jak produkty radzą sobie w bezpłatnych wynikach i w kampaniach, bez konieczności zestawiania tego ręcznie z Google Ads.

To zmiana na plus, w szczególności w rozmowie z klientem. Łatwiej jednym widokiem pokazać, że problemem nie jest kampania, ale cena o kilkanaście procent wyższa od rynkowej.

Na minus zapisuję sposób prezentowania problemów z produktami. Klasyczna diagnostyka była brzydka, ale precyzyjna: lista błędów, liczba dotkniętych produktów, możliwość pobrania zestawienia. Nowy widok agreguje i priorytetyzuje, co bywa pomocne przy dużym koncie, ale utrudnia pytanie, które zadaję najczęściej: dokładnie które produkty i z jakiego powodu. Przy pracy nad odrzuceniami wolę surową listę od podsumowania.

Osobno wymienię rzecz, która potrafi zaskoczyć: część operacji zbiorczych, w tym zbiorowe odwołania od odrzuceń, w nowej wersji nie jest dostępna — a przełączenie się na chwilę do klasycznego panelu nie jest rozwiązaniem, bo nie zawsze jest możliwe. Przy koncie, na którym regularnie walczysz z odrzuceniami polityki produktowej, jest to różnica odczuwalna każdego tygodnia.

Funkcje generatywne, które doszły

Nowa wersja dostała narzędzia do pracy nad zdjęciami produktów: generowanie tła, poprawianie i przygotowywanie wariantów obrazu bez sesji zdjęciowej. Google wprowadza je pod nazwą Product Studio i udostępnia etapami, nie wszędzie naraz.

Moje podejście do tego jest ostrożne i chcę je uzasadnić, a nie tylko zadeklarować. Zdjęcie produktowe w kampanii produktowej robi ogromną różnicę i każde narzędzie, które pozwala mniejszemu sklepowi mieć czyste, spójne zdjęcia, jest wartościowe. Jednocześnie zdjęcie w handlu jest obietnicą — a wygenerowane tło albo dodane elementy potrafią tę obietnicę zmienić bez czyjejkolwiek złej woli. Trzymam się zasady, że wolno poprawiać prezentację, nie wolno zmieniać tego, co klient dostanie w paczce.

Warto też pamiętać, że dostępność takich funkcji różni się między krajami i typami kont. Jeśli nie widzisz ich w swoim panelu, to najprawdopodobniej kwestia etapu wdrożenia, nie błędu konfiguracji.

Czy jest się czego bać?

Krótka odpowiedź: nie, ale warto się przygotować. Dłuższa zależy od tego, jak pracujesz z danymi produktowymi.

Jeśli masz jeden sklep, jeden kraj i prosty feed z platformy sklepowej, nowa wersja będzie dla Ciebie po prostu ładniejsza i miejscami wygodniejsza. Zmiana nazw zajmie tydzień przyzwyczajania i tyle.

Jeśli feed sklepu jest sklejany z kilku źródeł, poprawiany regułami i wykorzystuje etykiety własne pod strukturę kampanii, potraktuj migrację poważnie. Sprawdź, czy w Twoim koncie są już dostępne źródła dodatkowe i reguły atrybutów, i miej plan awaryjny na wypadek, gdy ich nie ma: poprawki po stronie pliku, po stronie sklepu albo przez API.

I rzecz, którą powtórzę, bo dotyczy wszystkich: nie oceniaj wyników kampanii produktowych w tygodniu migracji. Zmiana panelu sama w sobie nie psuje kampanii, ale zmienia liczby, które widzisz i sposób, w jaki są zestawione. Wyciąganie z tego wniosków o skuteczności to najprostszy sposób, żeby podjąć złą decyzję na podstawie dobrego panelu.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.