Co to jest wskaźnik CLV (Customer Lifetime Value) i jak go używać w wycenie makr konwersji?

Wartość klienta, nie wartość zamówienia

Baner wejsciowyParallax

Co to jest wskaźnik CLV (Customer Lifetime Value) i jak go używać w wycenie makr konwersji?

Wartość klienta, nie wartość zamówienia

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
29 listopada 2021

Większość kont, które prowadzę, optymalizuje kampanie pod wartość pierwszego zamówienia. To wygodne, bo tę wartość widzi tag na stronie podziękowania, i całkowicie zrozumiałe. Jest też systematycznie mylące w każdej firmie, w której klienci wracają.

Jeśli jeden klient kupuje raz i znika, a drugi wraca co kwartał przez trzy lata, to obaj wyglądają w panelu reklamowym identycznie — o ile ich pierwsze zamówienie miało tę samą wartość. Kampania, która przyprowadza więcej klientów drugiego typu, będzie w raportach wyglądać tak samo jak ta przyprowadzająca pierwszych. A jeśli klienci lojalni kupują za pierwszym razem mniej, będzie wyglądać gorzej.

Wartość życiowa klienta to próba naprawienia tego zniekształcenia. Poniżej opisuję, jak ją liczę bez nadmiernej komplikacji i jak przenieść ją do wyceny konwersji w Google Ads.

Czym jest ten wskaźnik i po co go liczyć

Wartość życiowa klienta to suma zysku, jaki firma osiąga z jednego klienta przez cały okres współpracy. Nie przychodu — zysku, i to jest pierwsza rzecz, którą trzeba ustalić, bo mieszanie tych dwóch pojęć prowadzi do wycen oderwanych od rzeczywistości.

Po co to liczyć, jeśli kampanie da się prowadzić bez tego? Z trzech powodów.

Pierwszy: pozwala ustalić, ile maksymalnie można zapłacić za pozyskanie klienta. Bez tej liczby cel kosztowy jest zgadywany albo przepisywany z zeszłego roku.

Drugi: pozwala porównywać kanały i kampanie uczciwie. Kanał przyprowadzający tanie, jednorazowe zamówienia może wypadać lepiej w raportach i gorzej w rzeczywistości niż kanał droższy, przyprowadzający klientów wracających.

Trzeci, najbardziej praktyczny: zmienia to, co przekazujesz systemowi jako wartość konwersji. Algorytm optymalizuje pod liczbę, którą mu podasz. Jeśli podasz wartość pierwszego zamówienia, dostaniesz maksymalizację pierwszych zamówień — i będzie to jego poprawne działanie.

Jak to policzyć bez nadmiernej komplikacji

Istnieją modele bardzo rozbudowane, z prognozowaniem i dyskontowaniem przyszłych przepływów. Nie zaczynam od nich, bo w większości firm nie ma na to danych, a wynik bywa mniej użyteczny niż prosty rachunek.

Wersja, od której zawsze zaczynam, wymaga czterech liczb wyciągniętych z systemu sprzedażowego za okres co najmniej roku, najlepiej dwóch:

  • Średnia wartość zamówienia — łatwa do policzenia, dostępna w każdym sklepie.
  • Średnia marża procentowa na zamówieniu. Nie przychód, marża — z uwzględnieniem kosztów obsługi i zwrotów.
  • Średnia liczba zamówień na klienta w rozpatrywanym okresie.
  • Udział klientów powracających w całkowitej liczbie klientów.

Iloczyn pierwszych trzech daje przybliżoną wartość życiową. Czwarta liczba służy do sprawdzenia, czy w ogóle warto się tym zajmować: jeśli powracających jest bardzo mało, wartość życiowa jest niemal równa wartości pierwszego zamówienia i cały temat można odłożyć.

Dwie pułapki, na które uważam. Pierwsza: liczenie na całej bazie klientów od początku istnienia firmy. Zawyża to liczbę zamówień na klienta, bo starzy klienci mieli więcej czasu na kolejne zakupy. Lepiej liczyć w grupach według miesiąca pierwszego zakupu i patrzeć, jak zachowują się w porównywalnych oknach czasowych. Druga: ignorowanie zwrotów, co w niektórych branżach zmienia wynik radykalnie.

Segmentacja, bez której średnia kłamie

Jedna liczba dla całej firmy jest lepsza niż nic, ale prawdziwa użyteczność zaczyna się przy podziale.

Liczę wartość życiową osobno dla kategorii pierwszego zakupu. To najbardziej praktyczny podział, jaki znam: okazuje się często, że klient, którego pierwszym zakupem był produkt z jednej kategorii, wraca znacznie częściej niż klient wchodzący przez inną. Jeśli tak jest, mamy gotową wskazówkę, gdzie kierować budżet.

Drugi użyteczny podział to pierwszy zakup z promocji albo bez. Klienci pozyskani wyłącznie rabatem wracają zwykle rzadziej i tylko po kolejny rabat. Wiedza o tym zmienia ocenę opłacalności akcji promocyjnych.

Trzeci to podział według urządzenia albo kanału pierwszego kontaktu, jeśli dane na to pozwalają.

Nie mnożę podziałów bez potrzeby. Trzy segmenty, dla których liczby wyraźnie się różnią, są bardziej użyteczne niż dwadzieścia, w których różnice mieszczą się w szumie.

Jak przenieść to do wyceny konwersji

Tu przechodzimy do praktyki reklamowej i mamy trzy podejścia o rosnącej trudności.

Podejście pierwsze: skorygowany cel. Nie zmieniasz nic w pomiarze, tylko wyliczasz, ile możesz zapłacić za konwersję, biorąc pod uwagę wartość życiową, a nie pierwsze zamówienie. Jeśli klient jest wart trzykrotność pierwszego zakupu, docelowy koszt konwersji może być odpowiednio wyższy. Najprostsze rozwiązanie i w wielu firmach wystarczające.

Podejście drugie: zróżnicowane wartości konwersji. Jeśli wartość życiowa różni się między kategoriami, przekazujesz do Google Ads wartość skorygowaną współczynnikiem zależnym od kategorii pierwszego zakupu. Wymaga zmiany w warstwie danych, ale daje algorytmowi znacznie lepszy sygnał: kampania zaczyna preferować klientów, którzy wracają.

Podejście trzecie: konwersje importowane z systemu sprzedażowego. Do Google Ads trafiają nie tylko zamówienia ze strony, ale też późniejsze zdarzenia przypisane do pierwotnego kliknięcia — powtórne zakupy albo osiągnięcie określonego progu wartości. To rozwiązanie najbliższe prawdzie i najbardziej pracochłonne, wymagające zapisywania identyfikatora kliknięcia i regularnego importu danych.

Wybieram zwykle drugie, bo daje najlepszy stosunek nakładu do efektu. Trzecie ma sens w firmach z długim cyklem i wysoką wartością klienta, gdzie dokładność się opłaca.

Ostrożnie z liczbami, których nie znasz

Muszę tu postawić ostrzeżenie, bo widziałem wyceny konwersji zbudowane na życzeniowym myśleniu.

Wartość życiowa policzona na danych z trzech miesięcy działalności nie jest wartością życiową, a wróżeniem. Jeśli firma istnieje rok, nie wiesz, ile klient wyda przez trzy lata, i nie należy wpisywać w cel liczby opartej na nadziei. Lepiej użyć zaniżonego, konserwatywnego szacunku niż optymistycznego — błąd w tę stronę oznacza mniejszy wolumen, błąd w drugą oznacza przepalanie budżetu przez wiele miesięcy, zanim ktokolwiek to zauważy.

Uważam też na współczynniki mnożone na kilku poziomach. Kiedy wartość konwersji jest podnoszona raz przez współczynnik wartości życiowej, a potem cel ROAS jest ustawiany na podstawie starych oczekiwań, powstaje mieszanka, której nikt nie potrafi rozliczyć. Zmiana sposobu wyceny wymaga jednoczesnego przeliczenia celów.

I rzecz oczywista, a często pomijana: zmiana wartości konwersji zeruje porównywalność z okresami wcześniejszymi. Warto zapisać datę zmiany i przez pierwsze tygodnie nie porównywać ROAS wprost, bo jedyne, co się zmieniło, to jednostka pomiaru.

Co z tego wynika poza kampaniami

Ostatnia uwaga, bo policzenie tego wskaźnika ma skutki szersze niż ustawienia w panelu.

Jeśli okaże się, że powracający klienci odpowiadają za większość zysku, to najlepszą inwestycją może być nie zwiększenie budżetu reklamowego, a poprawa obsługi po zakupie, komunikacji posprzedażowej albo asortymentu uzupełniającego. Reklama pozyskuje klienta raz; to, czy wróci, zależy od rzeczy, na które kampania nie ma wpływu.

Dlatego traktuję ten wskaźnik jako liczbę, którą warto policzyć wspólnie z klientem, a nie samodzielnie w agencji. Dane potrzebne do jej wyliczenia są w systemie sprzedażowym i w księgowości, nie w Google Ads — a wnioski dotyczą całej firmy, nie tylko kampanii.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.