Analiza profilu linków za pomocą narzędzia Google Search Console i usuwanie złych odnośników.

Co widać w Search Console, a czego nie

Baner wejsciowyParallax

Analiza profilu linków za pomocą narzędzia Google Search Console i usuwanie złych odnośników.

Co widać w Search Console, a czego nie

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
28 lutego 2022

Analiza profilu linków to temat, w którym najłatwiej zrobić sobie krzywdę z dobrych intencji. Ktoś znajduje w Search Console listę dziwnych domen, wpisuje je do pliku zrzeczenia i po pół roku zastanawia się, dlaczego strona radzi sobie gorzej.

Zacznę więc od zdania, które chciałbym, żeby zostało z tego tekstu najdłużej: zdecydowana większość stron nie powinna nigdy korzystać z pliku zrzeczenia. Google mówi to od lat wprost, a algorytm od dawna radzi sobie z ignorowaniem odnośników niskiej jakości bez naszej pomocy.

To nie znaczy, że raport linków jest bezużyteczny — jest jednym z najciekawszych raportów w całym narzędziu, bo pokazuje dane bezpośrednio od Google, a nie z indeksu zewnętrznego dostawcy. Tylko wnioski, które warto z niego wyciągać, są zwykle inne niż „które linki usunąć”.

Co pokazuje raport, a czego w nim nie ma

Raport dzieli się na dwie części: odnośniki zewnętrzne i wewnętrzne. Interesuje nas pierwsza, choć druga bywa równie pouczająca.

W części zewnętrznej znajdziesz cztery zestawienia: liczbę odnośników łącznie, najczęściej linkowane strony w Twoim serwisie, witryny, które linkują najczęściej, oraz najpopularniejsze teksty odnośników. Każde z nich da się rozwinąć do dłuższej listy i wyeksportować.

Teraz ograniczenia, bo bez ich świadomości można dojść do fałszywych wniosków.

  • To próbka, nie kompletna baza. Google pokazuje część danych, a nie wszystko, co zna. Liczby w raporcie nie są więc miarą całkowitej liczby odnośników i nie da się ich zestawiać z liczbami z narzędzi zewnętrznych.
  • Nie ma daty. Nie wiesz, kiedy odnośnik powstał ani kiedy Google go zobaczył. Odtworzenie historii profilu linków z tego raportu jest niemożliwe.
  • Nie ma informacji o atrybutach ani oceny jakości. Odnośnik z atrybutem ograniczającym przekazywanie sygnałów wygląda tu tak samo jak zwykły, a Google nie oznacza niczego jako dobre czy złe. Sam fakt, że domena jest na liście, nie mówi nic o tym, czy szkodzi.

Jak czytać ten raport i po co

Zaglądam tam z trzema pytaniami, z których żadne nie brzmi „co usunąć”.

Pierwsze: które podstrony przyciągają odnośniki. Jeśli linkowana jest niemal wyłącznie strona główna, to znaczy, że treść w głębi serwisu nie daje nikomu powodu do podlinkowania. To wniosek dla planu treści, nie dla technicznego SEO. Jeśli linkowany jest artykuł, którego nikt nie aktualizował od trzech lat, mam kandydata do odświeżenia.

Drugie: czy najczęściej linkujące domeny mają sens tematyczny. Zestaw serwisów z Twojej branży, lokalnych mediów i partnerów wygląda zdrowo. Zestaw katalogów o niczym w kilkunastu językach mówi o historii strony i o tym, co robiono z nią wcześniej.

Trzecie: teksty odnośników. Naturalny profil zawiera głównie nazwę firmy, adres domeny i frazy opisowe. Lista zdominowana przez dokładne frazy komercyjne to sygnał, że ktoś kiedyś kupował odnośniki z gotowym tekstem — i to jest jedyny fragment tego raportu, który może wskazywać na realne ryzyko.

Kiedy zły odnośnik jest naprawdę problemem

Odnośnik szkodzi w praktyce w dwóch sytuacjach i warto je rozdzielić, bo mają zupełnie inne rozwiązania.

Pierwsza to ręczne działanie nałożone przez zespół Google. Wtedy w Search Console znajdziesz komunikat w raporcie ręcznych działań, z opisem problemu. To jedyny twardy, potwierdzony sygnał, jaki istnieje. Nie trzeba niczego zgadywać — jest napisane, że problem dotyczy odnośników prowadzących do witryny.

Druga to odnośniki, które sam zbudowałeś albo które zbudowano na Twoje zlecenie. Jeśli firma kupowała artykuły sponsorowane bez odpowiedniego oznaczenia, wpisy na farmach treści albo miejsca w sieciach wymiany odnośników, to jest to naruszenie zasad, o którym wiadomo bez żadnej analizy. Tu problemem nie jest raport, a wiedza o przeszłości.

Cała reszta — przypadkowe odnośniki ze spamerskich domen, agregatory, scrapery kopiujące treść, katalogi z 2010 roku — to szum, który każda strona z jakąkolwiek historią po prostu ma. Google traktuje takie odnośniki jak dane bez wartości i po prostu ich nie liczy. Kolejne aktualizacje dotyczące spamu odnośnikowego, w tym Link Spam Update, były opisywane właśnie w ten sposób: jako neutralizowanie sygnałów, nie karanie stron, do których ktoś podlinkował.

Osobno: tak zwane negatywne SEO. Zdarza się, ale znacznie rzadziej, niż wynikałoby z liczby tekstów na ten temat, i praktycznie nigdy nie jest wyjaśnieniem spadku, dla którego istnieje prostsza przyczyna. Zanim rozważę tę hipotezę, sprawdzam aktualizacje algorytmu, zmiany na stronie, indeksowanie i konkurencję.

Ręczne działania i wniosek o ponowne rozpatrzenie

Jeśli w raporcie ręcznych działań jest wpis dotyczący odnośników, kolejność pracy jest ustalona i nie ma tu miejsca na skróty.

Najpierw zbieram pełną listę odnośników — z Search Console i z narzędzi zewnętrznych, bo próbka od Google nie wystarczy. Potem rozdzielam je na trzy grupy: odnośniki naturalne, odnośniki pozyskane w sposób naruszający zasady i przypadki niejasne. Następnie próbuję usunąć te z drugiej grupy u źródła: kontaktuję się z właścicielami stron, proszę o usunięcie albo o dodanie atrybutu ograniczającego przekazywanie sygnałów, i dokumentuję każdą próbę.

Dokumentacja jest tu równie ważna jak sam efekt. We wniosku o ponowne rozpatrzenie trzeba pokazać, co zostało zrobione i dlaczego — łącznie z przypadkami, w których kontakt się nie udał. Zespół Google czyta te wnioski i lakoniczne „usunęliśmy złe linki” nie wystarcza.

Dopiero to, czego nie udało się usunąć, trafia do pliku zrzeczenia. Kolejność jest właśnie taka: usuwanie najpierw, zrzeczenie jako uzupełnienie. Wniosek o ponowne rozpatrzenie składam po obu krokach i uzbrajam się w cierpliwość, bo rozpatrywanie zajmuje czas, a odpowiedź odmowna zwykle oznacza, że praca została zrobiona pobieżnie.

Plik zrzeczenia w praktyce

Kilka rzeczy technicznych, o które zawsze ktoś pyta.

Narzędzie znajduje się pod osobnym adresem, poza głównym panelem Search Console — nie ma go w menu i trzeba do niego trafić bezpośrednio. To celowe: Google nie chce, żeby ktokolwiek wchodził tam przez przypadek.

Plik to zwykły tekst. Jedna pozycja na wiersz, albo pełny adres strony, albo cała domena z odpowiednim przedrostkiem. Wiersze zaczynające się od znaku komentarza są pomijane i warto z tego korzystać, żeby zapisać w pliku daty i powody — po roku nikt tego nie odtworzy z pamięci. Obowiązują limity długości pliku, więc listy złożone z tysięcy pojedynczych adresów zamiast domen bywają problemem.

Najważniejsza pułapka: przesłany plik zastępuje poprzedni w całości. Nie dopisuje się do niego. Zanim wgram nową wersję, pobieram obecną i pracuję na niej. Wgranie krótkiej listy przez kogoś, kto nie wiedział o istnieniu starszego pliku, kasuje całą wcześniejszą historię zrzeczeń.

Efekt nie jest natychmiastowy — Google musi ponownie odwiedzić wskazane strony. Nie ma też raportu potwierdzającego, że zrzeczenie „zadziałało”. To narzędzie bez informacji zwrotnej, co jest dodatkowym powodem, żeby używać go tylko wtedy, gdy trzeba.

Czego nie robię

Nie wgrywam pliku zrzeczenia „na wszelki wypadek”. Ryzyko jest niesymetryczne: odcięcie wartościowego odnośnika przez pomyłkę szkodzi, a odcięcie odnośnika, który i tak był ignorowany, nie daje nic.

Nie ufam automatycznym ocenom toksyczności z narzędzi zewnętrznych — to wyliczenia dostawcy, nie stanowisko Google. I nie płacę za masowe usuwanie odnośników, jeśli nie ma ręcznego działania: nie ma wtedy czego naprawiać, a rachunek jest realny.

A jeśli szukam przyczyny spadku widoczności, zaczynam od rzeczy prostszych: czy nie zmieniła się struktura adresów, czy nie doszło do przypadkowego zablokowania indeksowania, czy nie wypadła aktualizacja algorytmu, czy konkurencja nie zrobiła czegoś sensownego. Odnośniki są na tej liście dopiero po sprawdzeniu wszystkiego powyżej.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.