Optymalizacja kampanii Demand Gen dla generowania wartościowego ruchu z aplikacji YouTube na telewizorach (Connected TV).

Duży ekran w kampanii nastawionej na akcję

Baner wejsciowyParallax

Optymalizacja kampanii Demand Gen dla generowania wartościowego ruchu z aplikacji YouTube na telewizorach (Connected TV).

Duży ekran w kampanii nastawionej na akcję

Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
29 września 2025

Coraz częściej dostaję od klientów pytanie, czy warto puszczać reklamy do widzów YouTube’a na telewizorach. Zwykle stoi za nim rozsądna obserwacja: własne domowe podejrzenie, że rodzina oglądająca YouTube na dużym ekranie to zupełnie inna publiczność niż ta z telefonu w tramwaju.

Odpowiedź brzmi „to zależy od tego, czego oczekujesz”, ale to nie wykręt. Ekran telewizora nakłada bardzo konkretne ograniczenia — nie ma kliknięcia, nie ma przeglądarki, nie ma wpisania adresu — i albo się je uwzględni w planie kampanii, albo kampania będzie wyglądać na nieudaną z powodów, o których nikt nie pomyślał na starcie.

Poniżej opisuję, jak sam ustawiam i prowadzę kampanię Demand Gen, w której ekran telewizora ma być jednym ze źródeł wartościowego ruchu. O tym, czy taka reklama daje bezpośrednie konwersje, piszę w osobnym tekście — tutaj skupiam się na ustawieniach, kreacji i rytmie pracy.

Czym duży ekran różni się od telefonu

Zacznę od różnic, bo z nich wynikają wszystkie późniejsze decyzje.

Na telewizorze reklama jest widziana z odległości kilku metrów, często przez więcej niż jedną osobę, przy pełnej głośności i bez możliwości szybkiego działania. Widz nie ma pod ręką kursora ani paska adresu. Jeśli chce cokolwiek zrobić, sięga po telefon — i to jest jedyna droga z Twojej reklamy do Twojej strony.

Druga różnica dotyczy trybu oglądania. Materiał na dużym ekranie zwykle konsumuje się dłużej i uważniej, w seansach po kilkadziesiąt minut. Reklama jest wtedy przerwaniem programu, a nie jednym z kilkudziesięciu obiektów w przewijanym strumieniu.

Trzecia jest pomiarowa i najbardziej dokuczliwa: urządzenie, na którym odbywa się reakcja, prawie nigdy nie jest tym, na którym pokazała się reklama. Wszystko, co dalej ustawiamy, musi to zakładać.

Ustawienia, od których zaczynam

Kampanię buduję tak, żeby duży ekran nie był doklejony do wszystkiego innego.

  • Osobna kampania albo przynajmniej osobna grupa reklam na ekrany telewizyjne. Wrzucenie wszystkich urządzeń razem oznacza, że nigdy nie odczytasz, co robi TV — a różnica w zachowaniu jest zbyt duża, żeby ją uśredniać.
  • Wybór urządzeń na poziomie kampanii — ekrany telewizyjne da się w Demand Gen włączyć lub wyłączyć. Korzystam z tego świadomie, zamiast zostawiać ustawienie domyślne.
  • Kontrola kanałów, udostępniona w becie globalnie od marca tego roku na poziomie grupy reklam. Pozwala wskazać, gdzie reklama ma się pojawiać — YouTube razem z formatami krótkimi, Discover, Gmail, sieć reklamowa. Przy nastawieniu na duży ekran zawężam to do YouTube’a, bo inne powierzchnie na telewizorze po prostu nie istnieją.
  • Odbiorcy opisani intencją, nie demografią — segmenty niestandardowe budowane na zapytaniach i odwiedzanych stronach działają tu lepiej niż szerokie grupy zainteresowań, bo ekran telewizora sam z siebie zapewnia zasięg.
  • Wykluczenia — listy klientów i osób, które już kupiły, oraz kategorie treści nieprzystające do marki. Na dużym ekranie sąsiedztwo materiału jest bardziej widoczne niż w strumieniu na telefonie.

Języka i lokalizacji pilnuję szczególnie. Telewizory bywają ustawione na inny język interfejsu niż faktyczny język domowników i przy zbyt szerokim kierowaniu potrafi z tego wyjść zasięg zupełnie nie tam, gdzie się planowało.

Kreacja na kilka metrów

To jest miejsce, w którym najczęściej widzę zmarnowany budżet — kampania z poprawnymi ustawieniami i kreacją zaprojektowaną do telefonu.

Cztery rzeczy, które zmieniam względem materiałów mobilnych. Format poziomy w wysokiej jakości, bo pionowy film na telewizorze wygląda jak awaria. Napisy i informacje kluczowe nie przy samej krawędzi kadru — część odbiorników przycina obraz. Dźwięk traktowany jako nośnik komunikatu, a nie dodatek, bo tutaj prawie zawsze jest włączony. Wolniejszy montaż, dłuższe ujęcia i mniej tekstu na ekranie niż w wersji na telefon.

Wezwanie do działania wymaga przeprojektowania. „Kliknij” na telewizorze nie znaczy nic. Sensowne są: nazwa marki wypowiedziana i pokazana wystarczająco długo, prosty adres bez parametrów, ewentualnie hasło do wpisania w wyszukiwarce. Warto założyć, że jedyne, co widz zapamięta, to nazwa i jedna korzyść.

Zostawiam też przestrzeń na zapamiętanie końcówki. Reklamy urwane w połowie zdania mają na dużym ekranie znacznie gorszy odbiór niż w strumieniu, gdzie i tak nikt nie dosłuchuje.

Licytacja i cele, których nie stawiam

Tu potrzebna jest uczciwość wobec siebie i klienta.

Kampanii z udziałem dużego ekranu nie ustawiam na ostry docelowy koszt działania od pierwszego dnia. Sygnał konwersyjny z tego środowiska jest opóźniony i częściowo niewidoczny, więc agresywny cel wygasi wyświetlenia zamiast poprawić wynik. Zaczynam od celu opartego na obejrzeniach zaangażowanych albo od maksymalizacji konwersji z celem ustawionym luźno, i zaciskam go dopiero po kilku tygodniach.

Struktura kosztu jest też inna. Duży ekran zwykle nie jest tanim źródłem wyświetleń i to nie oznacza, że coś ustawiono źle — konkuruje się tam z reklamą wideo kupowaną zasięgowo.

Osobno umawiam się z klientem, po czym poznamy sukces. Jeśli miarą ma być wyłącznie liczba konwersji przypisanych bezpośrednio, kampanię można zamknąć od razu, bo przypisanie z telewizora jest z natury ułamkowe. Sensowniejsze cele to zasięg w wybranej grupie przy zachowanej częstotliwości oraz przyrost zainteresowania marką widoczny w zapytaniach i w ruchu bezpośrednim.

Częstotliwość i budżet

Na dużym ekranie zmęczenie odbiorcy działa mocniej niż gdziekolwiek indziej — ta sama reklama trzeci raz w ciągu jednego seansu irytuje całą rodzinę naraz.

Dlatego pilnuję częstotliwości i traktuję ją jako parametr równie ważny jak koszt. Jeśli raport pokazuje, że przy stałym budżecie liczba wyświetleń na użytkownika rośnie, to znaczy, że zawęziłem odbiorców za mocno i trzeba albo rozszerzyć grupę, albo dodać drugą kreację.

Budżet ustawiam tak, żeby wystarczył na kilka tygodni ciągłej obecności, a nie na tydzień intensywności. Krótkie zrywy na dużym ekranie nie zdążają zbudować rozpoznania, a przy pojedynczym seansie potrafią wyczerpać limit dzienny w godzinach wieczornych i zniknąć z całej reszty dnia.

Przy dwóch–trzech kreacjach w rotacji zostawiam też prostą regułę: nie podmieniam wszystkich naraz. Inaczej nie mam z czym porównać kolejnego okresu.

Co zapowiedziano, a czego jeszcze nie ma

Na majowej konferencji Google Marketing Live 2025 pokazano rzeczy, które zmieniłyby ten kanał w kierunku sprzedażowym: jednostki reklamowe na Connected TV z feedem produktowym obok filmu i kodem QR do zakupu z telefonu, przyspieszony proces zakupowy w Demand Gen, dodatkowe kontrolki dla działań na górze lejka oraz cel nastawiony na pozyskanie nowych klientów.

Pilnuję jednak rozróżnienia, o które łatwo się potknąć w rozmowie z klientem: część z tych funkcji na koniec września jest zapowiedzią albo wąskim testem, nie pozycją w panelu. Planowanie budżetu na czwarty kwartał w oparciu o slajd z konferencji kończy się tłumaczeniem, dlaczego czegoś nie ma.

Kierunek uważam za oczywisty — Google chce, żeby duży ekran przestał być wyłącznie mediem wizerunkowym. Do tego momentu jednak prowadzę te kampanie tak, jakby narzędzia interaktywne nie istniały, i traktuję ich pojawienie się jako miły dodatek, a nie założenie planu.

Jak to prowadzę tydzień po tygodniu

Pierwsze dwa tygodnie to obserwacja bez ingerencji — z wyjątkiem oczywistych awarii, takich jak wyświetlenia w niewłaściwym kraju albo odrzucona kreacja.

Potem raz w tygodniu przechodzę cztery rzeczy: rozkład wyświetleń na urządzenia, częstotliwość, wyniki poszczególnych kreacji w podziale na kanały oraz to, co dzieje się w ruchu bezpośrednim i w zapytaniach o markę. Ta ostatnia obserwacja jest poza kampanią, ale przy dużym ekranie mówi więcej niż kolumna z konwersjami.

Zmiany wprowadzam pojedynczo i z tygodniową przerwą. Kampanie wideo mają dłuższą inercję niż wyszukiwarka, a przy udziale telewizora dochodzi jeszcze opóźnienie reakcji. Ocenianie takiej kampanii po trzech dniach to ocenianie przypadku.

Raz na miesiąc robię natomiast rzecz, o której łatwo zapomnieć: oglądam własną reklamę na telewizorze. Połowa problemów z kreacją widać w pięć sekund i nie widać ich w żadnym raporcie.

Podziel się tym artykułem z innymi!

Twitter Facebook Linke.din
Autor nie posiada zdjęcia
Tomasz Piasecki
Specjalista Google Ads / SEM
Zajmuję się kampaniami Google Ads i widocznością stron w wyszukiwarce. Na blogu UDI Group piszę o tym, jak ustawienia kampanii i decyzje techniczne przekładają się na realne wyniki. Staram się tłumaczyć mechanizmy, a nie tylko podawać gotowe przepisy.